Mąż kobiety, której podano zły gaz w szpitalu na Madalińskiego zabrał głos. Wiemy, co powiedziała mu po wszystkim lekarka
Na razie nie ustalono, co tak naprawdę znajdowało się w masce, w której powinien być tlen.
O historii ciężarnej kobiety, która w pełni sił i zdrowia zgłosiła się w połowie grudnia do Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny przy ulicy Madalińskiego w Warszawie na planowany drobny zabieg, ale zmarła kilka dni po tym, jak na sali operacyjnej zamiast tlenu, podano jej w masce inny gaz, pisaliśmy wczoraj TU.
Tymczasem reporterom "Superwizjera" udało się porozmawiać z mężem ofiary - panem Hubertem. W pierwszej i do bólu szczerej rozmowie mówi o tym, co usłyszał po zabiegu żony.
- Po godzinie 10 zadzwoniła do mnie pani doktor, że ginekologicznie zabieg poszedł pomyślnie, ale były problemy po znieczuleniu i w sumie tylko tyle - powiedział w programie TVN pan Hubert, mąż 31-letniej Kaliny.
Sprawę bada prokuratura. - Jak usłyszałem, że będzie przewożona do innego szpitala, już nie docierały do mnie informacje - dodał. Przy okazji wspomniał, że w szpitalu na ulicy Wołoskiej dawali mu nadzieję, że wszystko będzie w porządku i zgodzono się na jego obecność przy wybudzeniu ze śpiączki, które miało się odbyć następnego dnia. W jego opinii do tragedii doszło przez zaniedbanie. - Chcę przede wszystkim walczyć o prawdę, żeby takie sytuacje nie miały miejsca - podsumował.
