Wawer. 40-latek zadzwonił na numer alarmowy i przekazał, że jest mu bardzo zimno i "za chwilę umrze"
We wtorek 3 lutego rano operator numeru 986 odebrał dramatyczny telefon z Wawra. Zgłaszającym okazał się 40-letni mężczyzna w kryzysie bezdomności. Słabnącym głosem przekazał, że jest mu bardzo zimno, źle się czuje i "za chwilę umrze". Strażnicy miejscy kilka godzin wcześniej go spotkali i próbowali przekonać, by opuścił szopę na opuszczonej działce i spędził noc w noclegowni. - Właśnie kończyliśmy nocną zmianę, kiedy na radiu pojawiła się ta informacja - mówi st. insp. Elżbieta Banaszek z Referatu Patrolowo-Interwencyjnego. - Wiedzieliśmy, że trzeba działać natychmiast. Tej samej nocy byliśmy u tego człowieka. Wtedy jeszcze w szopie było nagrzane, ale tłumaczyliśmy mu, że nie może tam zostać. Prosiliśmy: "zawieziemy Cię, prześpisz noc, ogrzejesz się i wrócisz". Nie chciał - dodaje.
Później udało się go jednak namówić do pozwolenia udzielenia sobie pomocy.
- Weszliśmy do szopy. Było widać, że jest źle. Szron na ścianach, nawet na daszku jego czapki. Pan Grzegorz siedział skulony, miał lodowate dłonie, był niebieski na twarzy. Spytaliśmy, dlaczego nie napalił w "kozie" - wyszeptał, że bał się wyjść na mróz. Okryliśmy go, czym się dało, wezwaliśmy pogotowie. Zebraliśmy suche gałęzie z okolicy, rozpaliliśmy ogień i czekaliśmy na ratowników. Dosłownie widać było, jak zmienia się kolor skóry mężczyzny...
Strażnicy miejscy dobrze znają osoby w kryzysie bezdomności i miejsca ich przebywania. Przez cały rok monitorują pustostany, opuszczone altanki, obozowiska. Teraz, gdy temperatura spada znacznie poniżej zera, wiele patroli zaczyna służbę od odwiedzenia tych lokalizacji. Mocno przemarznięty mężczyzna z Wawra został natychmiast zabrany przez pogotowie do szpitala. Oznacza to, że zagrożone było jego życie. Pomoc nadeszła w ostatniej chwili - czytamy w relacji.
