Wyprosili znanego pisarza z warszawskiej restauracji. Powód wydaje się kuriozalny
Dla wielu internautów ta sytuacja jest nie do pomyślenia.
Jacek Dehnel, czyli pisarz, poeta, tłumacz i laureat licznych nagród literackich, w tym Paszportu "Polityki", myślał kilka dni temu, że zje coś na szybko w jednej z popularnych warszawskich restauracji. Swoją historią podzielił się na Facebooku. Jego wybór padł na lokal w Śródmieściu serwujący weneckie cicchetti - małe przekąski zazwyczaj podawane w tradycyjnych bacari w Wenecji we Włoszech. Godziny otwarcia na drzwiach wskazywały, że biznes jest już czynny.
- Zajeżdżam rowerkiem, parkuję... patrzę, że trochę pustawo, ale na drzwiach napisane, że otwarte od trzeciej. No i otwarte zaiste, klamka ustępuje.
Wchodzę, mówię "Dzień dobry" trochę zlęknionemu kelnerowi stojącemu za barem; tych cicchetti mało, raptem trzy typy, ale myślę: spoko, może się rozkręcają dopiero (5 lat nieobecności w Warszawie sprawiło, że nie znam wielu znanych miejsc i są dla mnie całkiem nowe), dopytuję, z czym jest jedno z nich (kelner nie mówi po polsku, ale po angielsku i owszem), zamawiam trzy - czytamy.
Zanim zamówiony posiłek został mu dostarczony, do jego stolika podszedł drugi pracownik lokalu.
- Wygląda jak pretensjonalna reklama barbera, mówi po polsku, ale nie "Dzień dobry", tylko: - No, to trochę taki falstart. - Słucham? - No my otwieramy od siedemnastej. Zdziwiło mnie, jestem człowiekiem, któremu piąta czasem się myli z piętnastą, więc odwracam się i tam przez szklane drzwi widzę, że trzecia jak byk. - Ale na drzwiach przecież jest, że od trzeciej. - A w Googlu jest, że od siedemnastej - odpowiada człowiek, któremu wirtual wszedł bardziej, niż real. - Przecież ja nie odpowiadam za to, co państwo umieszczacie na drzwiach. - Kuchnia jest zamknięta. - Ale ja zamówiłem trzy cicchetti, których nikt nie musi gotować - usprawiedliwiam się. A potem myślę: nie, jednak nie. I kończę - Wie pan co, łaski bez. To jest hospitality business, nie hostility business.
I wychodzę - żal mi tylko miłego kelnera, który już te cicchetti ułożył na talerzu i niósł do stolika. Drogie Va Bene Cicchetti - żadne va bene, va male, źle to robicie. Jesteście od podawania ludziom jedzenia i sprawiania, żeby było im miło, a nie od pasywno-agresywnego ofukiwania klientów, że nie chciało się wam zmienić napisu na drzwiach. Zacznijcie od nauczenia się, jak mówić "dzień dobry", może się przydać - dodał Jacek Dehnel.
Internauci nie kryli oburzenia. Stwierdzili, że napis na drzwiach jest wystarczającym czynnikiem, by domagać się obsłużenia, tym bardziej, że w tym przypadku drzwi były otwarte i kelner przyjął zamówienie.


