Białołęka. Robotnik zrzucił kocioł z dachu na 18-latka, który zmarł. Relacja ciotki porusza, co się dzieje z jego rodzicami
We czwartek w warszawskim sądzie odbyła się kolejna rozprawa w tej sprawie.
Do tragicznego wypadku doszło 30 lipca 2024 roku przy ulicy Kąty Grodziskie na warszawskiej Białołęce. Wracający z zakupów do domu 18-letni Dymytro został śmiertelnie ranny, gdy z dachu budynku spadł ważący około 30 kilogramów kocioł gazowy, zrzucony przez jednego z pracowników. Nastolatek doznał bardzo poważnych obrażeń głowy, twarzoczaszki, kości czołowej oraz mózgu.
Proces Grzegorza W., oskarżonego w tej sprawie, zbliża się do końca, jednak postępowanie ponownie się wydłużyło z powodu nieobecności jednego ze świadków. Podczas szóstej rozprawy, która odbyła się 16 lipca, ponownie nie stawił się policjant, którego przesłuchania domagają się wszystkie strony procesu. Sąd uznał, że świadek nie przedstawił odpowiedniego usprawiedliwienia swojej nieobecności i nałożył na niego karę finansową. Sędzia zaznaczył, że choć rozprawa mogła się odbyć, to policjant jest ostatnim świadkiem, którego strony chcą przesłuchać bezpośrednio przed sądem. W związku z tym kolejne posiedzenie zostało wyznaczone na listopad.
W rozmowie z "Super Expressem" ciotka Dymytro, u której mieszkał w Polsce, opowiedziała o dramacie rodziny. Jak przyznała, najciężej stratę syna przeżywają jego rodzice, którzy pozostali w Ukrainie. Matka, Natalia, po śmierci Dymytro załamała się psychicznie i zrezygnowała z pracy, ponieważ kontakt z młodymi ludźmi nieustannie przypominał jej o synu. Obecnie niemal nie opuszcza domu. Ojciec każdego dnia odwiedza pokój Dymytro, siada w nim wieczorami i rozmawia z synem. Dla rodziców Polska stała się symbolem tej tragedii, dlatego nie potrafią tu przyjeżdżać.
Oskarżony robotnik przyznał się do spowodowania tragicznego wypadku. W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że nie przestrzegał podstawowych zasad BHP.
