Nie żyje Danuta Szlajmer. Bohaterka Powstania Warszawskiego przez lata prowadziła Fotoplastikon
Miała 99 lat.
Zaledwie dwa dni po śmierci Wandy Traczyk-Stawskiej, dowiedzieliśmy się o śmierci kolejnej bohaterki związanej ze stolicą. "Z ogromnym żalem informujemy, że w wieku 99 lat na wieczną wartę odeszła Danuta Szlajmer ps. Siódemka" - napisało na Facebooku Muzeum Powstania Warszawskiego.
Danuta Szlajmer przyszła na świat 19 sierpnia 1927 roku w Chełmcach na Kujawach. Kiedy rozpoczęło się Powstanie Warszawskie, została przydzielona do Batalionu "Kiliński". Brała udział między innymi w walkach o budynek PAST-y. Miała wtedy niespełna 17 lat i pełniła funkcję łączniczki oraz sanitariuszki.
Po zakończeniu Powstania i kapitulacji Warszawy trafiła najpierw do obozu przejściowego w Ożarowie, a później została przewieziona do niemieckiego obozu jenieckiego Stalag IV B w Mühlbergu. Następnie skierowano ją do pracy w fabryce gumy w Piesteritz.
Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie wróciła do Warszawy. Od 1946 roku razem z rodzicami zajmowała się prowadzeniem Fotoplastikonu Warszawskiego, który obecnie należy do Muzeum Powstania Warszawskiego. W 1973 roku Fotoplastikon został sprzedany, a Danuta Szlajmer wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. W kolejnych latach jej życie było związane zarówno z Warszawą, jak i Nowym Jorkiem.
Pierwsze dni Powstania zapamiętała tak: - Jak zaniosłam rannego Karola Prus-Traczewskiego do szpitala, to wracałam. Budowali barykadę, właśnie tą, w kierunku której były strzały z hotelu "Astoria". Ludzie meble rzucali. Pamiętam, że wyciągałam trotuary, przecież to było ciężkie, dźwigało się. Niezwykła ludzka życzliwość i radość. Potem ktoś mi dał opaskę biało-czerwoną. [Ktoś powiedział]: "Chodź, będziemy pilnować czołgów". Myśmy spodziewali się, że przyjdą czołgi. W nocy na Złotej 31 czekaliśmy z butelkami z benzyną. Już drugą noc nie spałam. Czołgów nie było. Potem ktoś mi włożył czapkę na głowę, żeby mi odłamki nie spadały. Wieczorem apel jakiejś grupy powstańców, idziemy zdobywać PAST-ę. Dzieciaki, wszystko młode, ja byłam najmłodsza. Sznurkiem przywiązywało się butelki z benzyną i pod PAST-ę. Ta "mała PAST-a", z boku był dom. Jak z dwoma rewolwerami i z dwoma butelkami benzyny te ściany [rozwalić]? Mowy nie ma. Przeszliśmy do MZK (dzisiaj PKO) na Świętokrzyskiej. Tam był piękny budynek, duży, nowy, przedwojenny gmach. Tam był szpital i znów trzecia noc czekania na czołgi. Tam był taki narożny dom. Potem dzień się skończył i na podłodze usnęłam. Ktoś mnie obudził... Na dole był szpital. Dziecinada, weszłam do góry na strych MZK, żeby kwiatów zanieść do ołtarza, bo tam była zrobiona kapliczka i rannym na dole dać kwiaty. Z PAST-y widzieli mnie tam, bo nosiłam kokardę w warkoczach i [padły] strzały, ale zeszłam i mnie nie podstrzelili. Więcej tam nie wchodziłam. Potem ze Starego Miasta na noszach ze szpitala przywieźli mojego kolegę Janusza Wójcickiego. Jego ojciec zginął, ratując rannych w szpitalu Dzieciątka Jezus we wrześniu 1939 roku. On potem też był lekarzem. Jego siostra Lala Wójcicka też była lekarzem. Nie wiem, jakie jest jej nazwisko, ale wiem, że w Szpitalu Maltańskim [przy Madalińskiego] była ginekologiem. Była serdeczność międzyludzka, nie ma dzisiaj tego - opowiadała w wywiadzie dla 1944.pl i dodała, że w czasie Powstania Warszawskiego marzyła, by bohaterko zginąć.
Przeczytaj też: "Księga Ruchu Chorych" odnaleziona w zatrzaśniętej przez lata szafie w NIO. Ostatni wpis z 31 lipca 1944 roku
