Buldożka francuska po śmierci przez 48 godz. leżała w worku poza chłodnią w klinice na Bemowie. Wyciekały płyny ustrojowe i fekalia

buldog francuski | fot. pixabay.com/pl
buldog francuski | fot. pixabay.com/pl

Piesek przez pierwsze lata swojego życia był w pseudohodowli. Gdy wreszcie trafił do kochającej i opiekującej się nim rodziny, po śmierci znowu potraktowano go skandalicznie.

Ta sytuacja, do której doszło w klinice weterynaryjnej na warszawskim Bemowie przy ul. Powstańców Śląskich, jeży włos na głowie. "Gazeta Wyborcza" opisała historię pani Magdy - właścicielki buldożki francuskiej o imieniu Zuzia. U pieska w połowie sierpnia zdiagnozowano guza mózgu, który zajmował ok. 25 proc. głowy. Operacja według weterynarzy mogła nie pomóc, a czworonóg bardzo cierpiał i jego stan był ciężki. Drugim wyjściem była eutanazja i na to z bólem serca, by ulżyć mu w bólu, zdecydowała się bohaterka artykułu. Po śmierci suczki jej ciało zostało pozostawione na dwa dni poza chłodnią, w worku leżącym obok odpadów medycznych, co przecież jest niedopuszczalne. Właścicielka pieska odkryła to, gdy przyjechała po ciało. - Kiedy pracownik podniósł worek, zaczęły z niego wyciekać płyny ustrojowe i fekalia. Całe ciało było napuchnięte. Zuzia została zbezczeszczona. Potraktowali ją gorzej niż śmieć - wyznała zrozpaczona.

Po uśpieniu pieska, w klinice zalecono jej, aby skontaktowała się z konkretną firmą zajmującą się kremacją zwierząt, którą polecił weterynarz. Kiedy zadzwoniła, dowiedziała się, że krematorium Lwie Serce działa jedynie od poniedziałku do piątku, a sama kremacja odbywa się w Lublinie. A wtedy była sobota.

Rodzinie zależało na godnym pożegnaniu Zuzi, podobnym do tego, jakie organizuje się po śmierci bliskiej osoby. Chcieli osobiście uczestniczyć w kremacji, zabrać ze sobą jej ulubioną maskotkę i położyć przy niej kwiat. W tej sytuacji znaleźli Klinikę Dolina Spokoju, która oferowała kremację zwierząt na warszawskim Targówku. Ustalono, że Zuzia zostanie skremowana w poniedziałek, 17 sierpnia. O terminie poinformowano Klinikę Weterynaryjną Bemowo, która zarezerwowała odbiór ciała na poranek tego samego dnia. Jednak gdy Magda wraz ze swoim synem przyjechała je odebrać, okazało się, że ciało Zuzi znajdowało się już w zaawansowanym stanie rozkładu. Poza chłodnią leżała ok. 48 godzin.

Do sytuacji odniosła się Klinika Weterynaryjna Bemowo, w której doszło do tego skandalu. Reprezentująca klinikę Monikę Skrzeszewska przyznała, że, sytuacja wynika z błędu jednego pracownika. - Zdarzenie nie powinno nigdy mieć miejsca i nie odpowiada standardom i procedurom, jakie obowiązują w naszej placówce. W tej sytuacji wydaje się, że zawiódł człowiek. Nie czekając na wnioski naszego wewnętrznego postępowania wyjaśniającego, przeprosiliśmy klientkę i pozostajemy z nią w bezpośrednim kontakcie - powiedziała "Gazecie Wyborczej". Właścicielka buldożki odniosła się też do tych słów i telefonu z kliniki. - Najpierw menedżerka stwierdziła, że pracownica techniczna zniosła ciało Zuzi do pomieszczenia przeznaczonego na odpady medyczne, ale nikogo o tym nie poinformowała. A chwilę później zmieniła zdanie i powiedziała, że obie chłodnie były całkowicie zapełnione, bo na Bemowie umiera bardzo dużo zwierząt i dla Zuzi zabrakło miejsca. Zapytałam więc, która wersja jest prawdziwa? Chwytała się byle czego, ale tak naprawdę tylko pogarszała sytuację i to, co czuję po stracie Zuzi - czytamy.

W artykule czytamy też, że do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Warszawie oraz Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej skierowano zawiadomienie dotyczące podejrzenia naruszenia obowiązujących procedur oraz możliwego zagrożenia biologicznego. Jednocześnie złożono wniosek o pilne przeprowadzenie kontroli doraźnej w Klinice Weterynaryjnej Bemowo.

Przeczytaj też: Gorylica z Warszawskiego ZOO tańczyła jak szalona. "Tego nie da się zobaczyć tylko raz"

Maksymalna liczba znaków: 1000
Nie jesteś anonimowy, Twoje IP zapisujemy w naszej bazie danych. Dodając komentarz akceptujesz Regulamin Serwisu